niedziela, 26 kwietnia 2009

Czas patriotów cz. 4

WOLNY STANISŁAW,
Urodzony 19.05.1914 r. w Gorzycach k.Wodzisławia Śl. pow. rybnicki, syn Józefa i Konstancji, mieszkaniec Rybnika. Uczeń rybnickiego gimnazjum, a od 5 klasy – gimnazjum kupieckiego w Rybniku. Harcerz – podharcmistrz, przed drugą wojną światową członek Komendy Hufca ZHP w Rybniku. Po zajęciu Rybnika przez Niemców w dniu 1.09.1939 r., inicjator powołania Polskiej Organizacji Powstańczej (POP).
Nawiązał łączność z działającym na terenie Katowic harcmistrzem Józefem Pukowcem – współzałożycielem „Ku Wolności” i zorganizował w listopadzie 1939 r. w okręgu rybnickim Polską Organizację Powstańczą i został jej przywódcą. Początkowo praca POP nastawiona była na prowadzenie propagandy antyniemieckiej, podtrzymywanie ducha polskiego, zamierzano prowadzić akcje dywersyjno – sabotażowe i wojskowe. Wielkim sukcesem było redagowanie własnego pisemka, któremu dano tytuł „Zryw”.
W pierwszym numerze umieszczono fotografię gen. Władysława Sikorskiego, drukarnia była ulokowana w piwnicznym bunkrze w domu Tkoczów w Chwałowicach. Tam też znajdowała się radiostacja. Zarówno w środowisku harcerskim jak i konspiracyjnym szczególnie zapamiętany był jako niosący pomoc rodakom pokrzywdzonym przez okupanta. Aresztowany 17.04.1940 r. przez Gestapo, więziono go wpierw w Rybniku gdzie podczas śledztwa był wieszany głową w dół, wbijano mu szpilki pod paznokcie. Następnie, 22.06.1940 r. przekazany został do KL Auschwitz i zarejestrowany jako więzień nr 1092. Dostał się do Bunawerke, do ciężkich robót ziemnych. W lecie 1942 r. zachorował na tyfus plamisty, i mimo opieki jaką otoczyli go koledzy z Rybnika i lekarz Leon Głogowski (także więzień – rybniczanin), zmarł 23.08.1942 r. Według aktu zgonu nr 24303/1942 zmarł o godz. 13:05, zapisana przyczyna zgonu: „Fleckfiebernr” (tyfus plamisty).

piątek, 3 kwietnia 2009

Czas patriotów cz. 3

STANISŁAW SOBIK
Bezgranicznie wierny ideałom: „BÓG – HONOR – OJCZYZNA”,
Na kilka dni przed wkroczeniem wojsk hitlerowskich do Rybnika, został ewakuowany wraz z innymi pracownikami poczty na Węgry, skąd po dwóch miesiącach wrócił do okupowanego kraju. Niemal od pierwszych dni powrotu, zaangażował się w działalność konspiracyjną współtworząc z kolegami gimnazjalistami Związek Walki Zbrojnej. Przez zdradę – za działalność konspiracyjną aresztowany 11.02.1943 r. i uwięziony w KL Auschwitz, gdzie zginął – rozstrzelany 25.06.1943 r.
Osoba tak znana w Rybniku jak Innocenty Libura wspomina w swojej książce: „Z dziejów domowych powiatu. Gawęda o ziemi rybnickiej” – „[…] Stanisław Sobik ze Smolnej, wybitnie zdolny i szlachetny człowiek”.
Oczywiście, wiele by można pisać na temat patriotyzmu i przeżyć obozowych tej wspaniałej postaci, lecz z uwagi na ograniczoność miejsca na blogu, zamieszczam jakże wymowne informacje zdobyte od Jego kolegów – współwięźniów i świadków niemal ostatnich dni z życia Stanisława Sobika w KL Auschwitz.

1. pożegnanie z bratem Józefem .... – także więźniem:
[...] „Dnia 24.06.1943 r. Staszek przyszedł do mnie przed apelem. Zapytał, jak się czuję, i czy czegoś nie potrzebuję. Odpowiedziałem mu, że potrzebuję czosnku. Czosnek był w obozie równie wielkim skarbem jak chleb, gdyż wierzyliśmy w jego właściwości bakteriobójcze i witaminowe. Staszek wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął całą główkę. Wziąłem czosnek, po czym on niezdecydowanie powiedział, żebym mu dał parę ząbków. Lewą ręką rozłupałem główkę i dałem mu kilka ząbków. Staszek jednak nie odbierał ich, .... nie wyciągnął po nie ręki. Po chwili powiedział, żebym zostawił sobie całość.
Zdziwiło mnie to niespotykane dotychczas roztargnienie w jego zachowaniu. Oczy Staszka były jakieś inne niż zazwyczaj, widać w nich było smutek. Mało mówił i przyglądał mi się w taki sposób, jakby chciał się napatrzeć na zapas. Usłyszeliśmy sygnał na apel, więc podałem mu rękę na pożegnanie. Staszek przytrzymał ją i nie chciał odejść. Powiedziałem więc: . Ale on nadal stał jak w transie i nie puszczał mojej ręki. Jego oczy i twarz jakby jeszcze bardziej posmutniały. Wreszcie puścił moją rękę i powiedział: . Potem odwrócił się i pobiegł na apel.”
2. Wspomnienia współwięźnia - Karola Miczajki.

[...] Zawsze skromny i cichy, znosił cierpliwie wszystkie ciężary i upokorzenia, które przynosił z sobą każdy dzień w Oświęcimiu. Skombinował sobie polską książeczkę do nabożeństwa, którą starannie ukrywał w magazynie między sprzętem i wiele chwil spędzał na skupionej i żarliwiej modlitwie. Myśli swoje często zwracał w kierunku życie pozagrobowego, wszczynał ze mną dyskusje na tematy oderwane, dążył do pogłębienia swojej wiary na podstawie dogmatów i Pisma Św., przechodził do zagadnień metafizycznych.
W prostej jego filozofii przebijała głęboka wiara w życie wieczne i Najwyższą Sprawiedliwość.
Kiedyś mówił Stach do mnie: Wiesz, Karol, miałem dzisiaj piękny sen. Otóż śniło mi się, że byłem wolny. Było tak cudnie na świecie! Piękna i uroczysta zieleń pokrywała ziemię i tak pięknie lipy kwitły…
W jakiś czas potem zaczęły przychodzić wyroki z Berlina. Obserwować można było, jak według kolejnych numerów wzywano ludzi do podpisania tzw. „Schutzhaftbefehlu” (nakazu aresztowania) lub na blok jedenasty, skąd już nie wracali. Numery wzywanych wzrastały z dnia na dzień i nieustępliwie zbliżały się do naszych liczb. Ucichły rozmowy, rozproszyła się nasza grupka, która często schodziła się na pogawędki. Każdy dążył do samotności.
Pogodny czerwiec rozwinął wdzięki lata w całej krasie. Ci, którzy pracowali na „Aussenkomandach”, opowiadali jak pięknie jest na świecie. Opowiadali o kołyszących się łanach kłosów, o czystej i wonnej zieleni łąk, pokrytych kobiercem kwiatów, opowiadali o drzewach przydrożnych, udzielających rozłożystymi koronami ożywczego cienia…, gdy w obozie słońce prażyło bezlitośnie wychudzone twarze więźniów i bezwłose głowy, spalając je na ciemny brąz i pokrywając strudzone czoła kroplami potu.
Piękny i inny był świat za drutami. Ten świat nieznany był już nam, istniejący tylko w dziedzinie marzeń i wyobraźni. Jakże daleko był od nas!
Wstał cudny poranek święta Bożego Ciała, przynosząc z sobą wiele refleksyj i wspomnień z minionych lat: piękna pogoda, gałązki brzozowe, uroczysty i podniosły nastrój, procesja, dzieci w bieli, ksiądz z monstrancją pod baldachimem i kwiaty, kwiaty, kwiaty…
W obozie dzień ten nie różnił się niczym od tylu innych dni roboczych. A jednak… Wyruszamy rano ze Staszkiem do naszej „budy” do siodeł i rowerów, postanawiając zgodnie jak najmniej pracować. Istotnie tak się złożyło, że nie pilnowano nas w ten dzień tak dokładnie.
Stach był wyjątkowo poważny, ale ani cienia smutku nie odkryłem na jego twarzy. Uniesiony był jakimś radosnym nastrojem, twarz miał rozpromienioną. Marzyliśmy o tym, jak to wkrótce na wolności będziemy mogli uczestniczyć w procesji Bożego Ciała i śpiewać po polsku…
Patrzę do okna, przez które widać było kulistą koronę lipy, usianą złocistymi kwiatkami.
Patrz Stachu, – mówię do Sobika – jaka piękna jest lipa i jak cudnie kwitnie.
Otworzyliśmy lekko okno, by wpuścić trochę zapachu lipowego kwiecia. Wieczorem wróciliśmy na blok, gdzie oczekiwała na Stacha paczka z domu. Już się i apel skończył, więc Stach zabrał się do rozpakowania paczki i przyrządzenia kolacji.
Nie zaczął jeszcze jeść, gdy pisarz blokowy wywołał Jego numer: - Zgłosisz się zaraz w „Schreibstubie” – mówi.
Stach odłożył wszystko i zostawił na łóżku, a sam poszedł.
Tknęło mną złowrogie przeczucie, przypomniał mi się sen Stacha o wolności i o kwitnącej lipie.
Poszedłem z nim do „Schreibstuby”, gdzie czekało już kilku innych o podobnych numerach.
Wiedziałem, co ich czeka.
Odprowadzano wszystkich na blok XI. Idzie nas kilku w pewnym oddaleniu za nimi. Oglądają się, rzucają nam drobne przedmioty, które mieli przy sobie: zapalniczkę, cygarniczkę, pędzel do golenia…
Weźcie to na pamiątkę! Już się nie zobaczymy!
Jeszcze jedno spojrzenie, jeszcze jedno skinienie ręki, jeszcze jeden uśmiech, w którym był żal i łzy, a potem zaciśnięte zęby i głowa dumnie odrzucona do góry i ostatnie słowa do nas: Trzymajcie się! Pozdrówcie nasze żony i dzieci!
A potem ciężkie, żelazne drzwi zamknęły się z łoskotem, i ciężka sztaba żelazna podparła je z wewnątrz.
Widziałem Go po raz ostatni. Stach przestał żyć dla świata. Ta, o którą tak nieugięcie walczył, zażądała od Niego ofiary życia i krwi…
Przykre to, że dla tak wspaniałej postaci, Urząd Miasta w Rybniku, nie jest w stanie nic uczynić by uczcić Jego pamięć!

środa, 25 marca 2009

Czas patriotów cz. 2

Niemniej mi bliski ... jak mój ojciec. Zupełnie przypadkowo – po 60 latach dowiedziałem się, że ojciec wyjątkowo bliskiej mi osoby, miał przeżycia obozowe podobne jak mój ojciec. Zginał w Mauthausen–Gusen. Jemu więc poświęcam kilka słów w cyklu wspomnień o patriotach - o których pamięć winna trwać wiecznie.

KAMIEŃSKI KAZIMIERZ, pseud. „Śledź”,
Urodzony 4.04.1910 r. w Milówce pow. żywiecki, syn Karola i Anny z d. Wójtowicz. W latach 1911 do 1921 przebywał z rodzicami w USA. Po przyjeździe do Polski – gdy rodzice zamieszkali w Żywcu, w tej miejscowości uczęszczał do szkoły powszechnej, następnie do Gimnazjum im. M. Kopernika w Żywcu, kończąc je w 1928 r. W tymże roku, zgłosił się do służby wojskowej w Krakowie, a po odbyciu służby wojskowej, podjął pracę na poczcie w Katowicach, kończąc jednocześnie - wcześniej rozpoczęte studia w WSH w Krakowie.
W sierpniu 1939 r. wezwany na ćwiczenia wojskowe, lecz z ćwiczeń tych już nie wrócił - brał udział w kampanii wrześniowej (p. por. rezerwy piechoty) w 3 pułku psp Bielsko. W okolicach Lubelszczyzny dostał się do niemieckiej niewoli – internowany w Oflagu Nr XI/B na terenie Niemiec. Dzięki skutecznym staraniom rodziny, zwolniony do domu pod koniec 1939 r. Od 1940 r. pracował w Centralnej Targowicy w Mysłowicach. Zaangażował się w działalność ruchu oporu – w takich organizacjach jak: Polskie Siły Zbrojne, Polskie Oddziały Partyzanckie, Związek Walki Zbrojnej/AK, zostając komendantem ZWZ na miasto Mysłowice. Aresztowany wraz z siostrą Janiną 11.01.1943 r. - wskutek zdrady. Przewiezieni w transporcie zbiorowym do KL Auschwitz i tam osadzeni na okres śledztwa w bloku 2a. Po śledztwie, zarejestrowany w obozowej ewidencji jako więzień nr 104358 i wiadomo, że krótko przebywał w bloku 8a. Od 12.04.1943 r. w transporcie zbiorowym przesłany do KL Mauthausen i dalej do KL Gusen, gdzie z kolei zarejestrowano go pod nr obozowym 12248 (umieszczony w bloku nr 15). Zginął 8.07.1943 r. w zbiorowej egzekucji jaka odbyła się w KL Mauthausen - na 45 więźniach ze Śląska.

poniedziałek, 23 marca 2009

Reflkeksja o honorze, agentach UB, tzw. lojalkach ...

Opracowując materiały o byłych więźniach hitlerowskich obozów koncentracyjnych trafiam między innymi na takie relacje:
„Dora” (chodzi o osadzenie więźnia w obozie koncentracyjnym KL Dora-Mittelbau, miejscowość w Niemczech, okręg Halle) była prawdziwą podziemna fabryką. W rozbudowie znajdowały się ogromne tunele o nieznanym nam (w tym czasie) przeznaczeniu. W okresie gdy tam przebywałem - w podziemiach (4.12.1943 r. – 15.05.1944 r.), prowadzono roboty do przebicia Stolli B i C. Warunki były straszliwie ciężkie. Więźniów nie wyprowadzono w ogóle na powierzchnię ziemi. W całych tych tzw. halach - w przodzie, gdzie były nasze bloki mieszkalne, powietrze było nie do zniesienia. Przy niewystarczającej wentylacji szczególnie dokuczały smrody z podziemnych latryn i z prochu strzelniczego zużywanego do odstrzału urobku w drążonych tunelach. Za pomieszczenia mieszkalne służyły hale nr 42 i 43, położone prawie bezpośrednio przy prowadzonych robotach kamiennych, czyli w miejscu, gdzie i tak już niedostateczna wentylacja była najsłabsza. Dla załatwienia potrzeb fizjologicznych więźniów, przeznaczono u wejścia do hal sypialnych odpowiednie baseny, z których smród w połączeniu ze spalinami (od wybuchów strzelniczych) stwarzał okropną atmosferę. Z ilości około 5 tysięcy więźniów, codziennie umierało kilkadziesiąt. Ciężko chorych więźniów nie zostawiono na koi do czasu skonania, lecz już przed śmiercią związywano im ręce nad głową, wynoszono i układano na cementowej podłodze w hali - przy innych już zmarłych, albo konających więźniach. Były to warunki najgorsze, jakie tylko w ciągu mojego dwu i półrocznego „stażu” obozowego przeżyłem. Oczywiście, w tak piekielnych warunkach, w dzikiej obronie własnego życia, znacznie zmalała solidarność i koleżeństwo pomiędzy więźniami. Dosyć powszechne były kradzieże nawet tych marnych łachmanów więźniarskich, co w końcu doprowadziło do tego, że do spania nie rozbierano się wcale. Koi do spania nie było w wystarczającej ilości, więc w porze przed spoczynkiem, odbywały się regularne bójki o miejsce na koi. Przypominam sobie, że kiedyś przy szukaniu miejsca na koi dostałem drewniakiem w głowę, że aż spadłem z koi z mocno potłuczoną głowa i półprzytomny. Pomieszczenia oczywiście były zawszone, a do tego brudne koce i podarte ubrania więźniarskie. O myciu lub goleniu nie było mowy. Woda była, lecz tylko przy betoniarkach, a zbliżenie się do niej groziło utratą życia. Było kilkanaście wypadków, że więzień próbujący napić się lub zaczerpnąć trochę wody – został zabity. Praca wykonywana codziennie – także w niedziele i święta po 12 godzin na dobę, była bardzo ciężka, Odbywała się pod nadzorem wściekłych kapo oraz oprawców z SS. Przez pozostałe 12 godzin, miały miejsce apele i stójki 2 – 3 godzinne, czekanie na obiad składający się zawsze z „chudej” i jałowej zupy, a potem dalsze 2 – 3 godziny czekania na odbiór chleba. Pozostałe kilka godzin przeznaczone były na spanie przy dusznym i ciężkim powietrzu, urozmaicone bezskutecznym zwalczaniem wszy i szczurów.
Moje przykre refleksje - nie dawano tamtym więźniom styropianu by nie odczuwali chłodu od posadzki, żaden z tamtych aresztowanych nie podpisywał „układów” z gestapowcami by chronić własny tyłek lub członka rodziny. Gdy zaś jakiś pojedynczy osobnik dopuścił się takiej nikczemności, jednoznacznie nazywano go zdrajcą. Tamci aresztowani członkowie organizacji konspiracyjnych byli twardzi, nieprzekupni, chociaż w większości przypadków ich rodziny były faktycznie zagrożone lub natychmiast wywożone do obozów i skazywane na pewną śmierć.
Jak się to ma do owego kombatanctwa - stawiającego w jednym szeregu tamtych byłych więźniów z internowanymi z okresu lat osiemdziesiątych? Czyżby różnica była aż tak mała? Na domiar złego, z jakimż cynizmem trwa obrona tych, którzy dla własnych profitów, kariery czy wygodnego ustawieniu się w życiu, podpisywali UB-owcom owe „lojalki”.
Obrzydliwość - mówić w przypadku uwikłania w podpisywanie jakichś zobowiązań wobec UB-owców (nawet bez rzeczywistej współpracy), że ma to coś wspólnego z patriotyzmem lub porównywaniem się do męczenników, dla których świętością było owe „BÓG HONOR OJCZYZNA”!!!


niedziela, 15 marca 2009

Czas patriotów cz. 1

PUKOWIEC JÓZEF, pseud. „Chmura” i „Pukoc”.

[...Jeśli bowiem ktoś wszystko poświęcił dla idei, to uważa, iż wokół niego też wszystko dla idei poświęcone być musi...]
Prof. dr Antoni Kępiński Rytm Życia




Ilekroć zaistnieje możliwość, podkreślam wielki związek uczuciowy z moim rodzinnym miastem – Rybnikiem. Gdy więc opracowywałem dzieje harcerzy z Podbeskidzia, podkreślałem i tam powiązania z tymże rodzinnym miastem z którego pochodzi jakże wybitna osobowość – harcmistrz Józef Pukowiec, komendant Chorągwi Śląskiej w Katowicach. Na wzmiankę o Nim natrafiłem bowiem zupełnie przypadkowo, gdy przeglądałem udostępniony materiał otrzymany od Józefa Drożdża, który spotkał się z Józefem Pukowcem w sierpniu 1937 r. w Suminie, niedaleko Raciborza.
Tam bowiem, przy granicy niemieckiej, odbywał się kurs podharcmistrzowski, gdzie spotkali się obaj wymienieni druhowie (później ich drogi schodziły się kilkakrotnie – także w KL Auschwitz). Już wówczas wielu – także młodych patriotów, zatroskanych było o losy Polski wobec coraz liczniejszych i ostrzejszych napastliwości Niemców hitlerowskich. Władze harcerskie Śląskiej Komendy Chorągwi Harcerzy w Katowicach zdawały sobie sprawę z niebezpieczeństwa grożącego Polsce ze strony niemieckiej, czego dowodem może być fakt, że już na wyżej wymienionym kursie harcmistrz Józef Pukowiec zalecał harcerzom naukę języka niemieckiego, by z wyprzedzeniem wsłuchiwać się w zamiary Niemców osiadłych od lat na śląskiej ziemi.
Wracając jednak do osoby Józefa Pukowca, trzeba wspomnieć o klimacie w jakim się wychowywał, jak na jego charakter oraz późniejsze zachowania wpływało nastawienie rodziców, rodziny i ludzi, z którymi się kontaktował od najmłodszych lat.
Wykorzystuję duży fragment z opracowania Szczepana Balickiego, przedstawiającego poruszony przeze mnie problem w ten oto sposób:
„Tradycje harcerstwa rybnickiego sięgają czasów plebiscytowych, kiedy grupa harcerzy brała udział w akcji propagandowej i ochronie polskich placówek, a następnie uczestniczyła w III Powstaniu Śląskim, odznaczając się chwalebnie w odbiciu z rąk niemieckich Huty „Silesia” na Paruszowcu. Drużyna harcerska znalazła się też na Rynku w Rybniku podczas powitania oddziałów Wojska Polskiego w lipcu 1922 r. Utworzony w roku 1923 Hufiec Rybnik stał się prawdziwą kuźnią autentycznego patriotyzmu i dobrze przygotował brać harcerską do tej ogniowej próby, jaką stał się okres II wojny światowej.
Podziemna praca harcerska rozpoczęła się już w październiku 1939 r., a młodzież i instruktorzy Hufca odegrali czołową rolę w działalności konspiracyjnej i walce zbrojnej z okupantem na terenie ziemi Rybnickiej, płacąc za to licznymi ofiarami. Toteż, gdy u schyłku lat sześćdziesiątych należało wybrać Hufcowi patrona, z długiego pocztu poległych harcerzy na czoło wysunęła się zdecydowanie postać harcmistrza Józefa Pukowca – człowieka umiejącego zarówno w pracy pokojowej, jak i walce z niemieckim najeźdźcą godnie realizować ideały Prawa Harcerskiego, wiernego Ojczyźnie aż do męczeńskiej śmierci.”.

*
Józef Pukowiec urodził się 14.09.1904 r. w Świętochłowicach, w rodzinie robotniczej. Patriotyczna atmosfera domu rodzinnego wywarła niezatarte piętno na chłopcu, upośledzonym przez garb, lecz obdarzonego ogromną siłą woli i otwartym - chłonnym na wiedzę umysłem. Zaangażowanie Józefa i jego braci w kolportaż polskich wydawnictw, bardzo niekorzystnie wpływało na stosunki wobec niego w niemieckiej szkole, skutkiem czego rodzina Pukowców przeniosła się ze Świętochłowic do Chwałowic koło Rybnika. Po ukończeniu szkoły Józef Pukowiec podjął się roli gońca w Komitecie Plebiscytowym, uczestnicząc w ten sposób w powstaniach śląskich, a po wyzwoleniu Śląska rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim, kończąc je w 1925 r. W tymże roku pojechał na kurs zastępowych do Mszany i kurs ten ukończył uroczystym złożeniem Przyrzeczenia Harcerskiego. Po roku pobytu w Baranowicach przeniósł się do Chwałowic, pracując jako nauczyciel i prowadząc równocześnie tamtejszą drużynę im. T. Kościuszki. W roku 1927 Józef Pukowiec objął funkcję komendanta Hufca Rybnik i pełnił tę funkcję do 1929 r. a po krótkiej przerwie kolejny raz od 1935 do 1938 r. W roku 1939 został komendantem Chorągwi Związku Harcerstwa Polskiego w Katowicach. W sierpniu 1939 r. utworzył Harcerską Służbę Pomocniczą, zabezpieczył archiwum Komendy, a po wybuchu wojny organizował działalność obronną drużyn harcerskich, przekształconych w Harcerskie Pogotowie Służby Wartowniczej. W październiku tegoż roku założona została przez Józefa Pukowca konspiracyjna komórka harcerska „Birkuty” na terenie Katowic. W następnych miesiącach opracowany został pod jego kierownictwem plan konspiracyjnie działajacego harcerstwa na Śląsku. Sam od tego czasu przyjmuje pseudonimy: „Chmura” i „Pukoc”. Redagował pisma konspiracyjne „Zryw” i „Świt”. Kierując pracą podziemnej Chorągwi Śląskiej, Pukowiec wszedł do sztabu okręgowego organizacji Siły Zbrojne Polski (SZP), a następnie Związek Walki Zbrojnej. Został jednak aresztowany przez gestapo 18.12.1940 r. i przekazany do KL Auschwitz.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności, otrzymałem pamiętnik osoby bardzo zaangażowanej w ruchu oporu z Rybnika – wspomnienia Franciszka Żymełki, byłego więźnia KL Auschwitz, który tak oto przedstawia spotkanie w tymże obozie z Józefem Pukowcem:
[...]Tam w rogu sali kuli się na swoim łożu boleści Pukowiec - przeżywa dramatyczne chwile swego życia. Pukowiec nie jest wprawdzie chory, ale patriotyczne serca i przyjacielskie ręce tu na rewirze go zadekowały. Już wie, że dni jego życia są policzone. Wie, że w każdej chwili może zostać wywołany na sąd doraźny tysiącletniej Rzeszy, z którego nie wraca się nawet do Auschwitz. Podchodzą do niego i pytam czy potrzebuje pomocy. Patrzy na mnie swoimi wymownymi i smutnymi w tej chwili oczyma i powiada: „Kolego, jesteście z rybnickiego. Ja też. Kiedy wrócicie, a wierzę ba jestem pewien, że wrócicie proszę pozdrówcie moich znajomych i ziemię rybnicką od człowieka, który dla tej ziemi i Polski żył”. Mówicie kolego tak jakbyście jutro mieli być ściści - powiedziałem. „- Bo też tak będzie” – odpowiedział. „- Myślicie w czarnych barwach o przyszłości” – ja na to. „- Kolego wiem o sobie więcej niż wy. To samo wiedzą niestety Niemcy. Przez zdrajców idę na śmierć. Moje dni są policzone. Byłem harcerzem, ukochałem swoja ojczyznę Polskę, którą niestety nie wszyscy uważali za skarb największy, za źródło natchnienia i źycia. Giniemy na skutek niefrasobliwości, sobkostwa, politycznej bezmyślności naszych przywódców. Im zdawało się pewnie, że Polska jest dalej krajem, z którego można czerpać zyski i korzyści bez jakiejkolwiek szkody dla Ojczyzny. A przecież Polska była Ojczyzną przynajmniej dla naszego pokolenia”.
Patrzyłem na niego, na jego pokrytą rozpaczą twarz, na oczy zasnute mgłą żalu, boleści i nie znalazłem słów pocieszenia. Czy są jednak słowa zdolne dać pocieszenie, nadzieję pokrzepienie człowiekowi, który wie, że jutro już żył nie będzie? Takich słów nie uczono nas w szkole, chociaż uczono jak Ojczyznę kochać i jak poświęcać dla niej wszystko, nawet życie. Spojrzałem jeszcze raz na smutną twarz Pukowca i pomyślałem, że mimo tego smutku potrafi opanować wewnętrzne wzburzenie i zapanować nad nerwami w takiej chwili. Zastanawiałem się czy ja byłbym zdolny do takiego zachowania w chwili najwyższej próby. Nie potrafiłem na takie pytanie odpowiedzieć. A on rozważał w cichości ducha przeżyte dni i czekający go los, którego się domyślał i przeczuwał, ale któremu nie mógł zapobiec. Zabrany wiosną 1941 roku do katowickiego więzienia został przez Standgericht, czyli sąd doraźny, skazany na śmierś i ścięty toporem w 1942 roku. Nikt nie usłyszał jego słów „Niech żyje Polska”, które tak często padały w tym miejscu straceń w owym czasie, a które wypowiedział. Jestem o tym przekonany.[...]

W połowie stycznia 1941 r. przewieziono Józefa Pukowca do więzienia katowickiego i poddano nieludzkim torturom. Nie zdradził jednak żadnego nazwiska ani schematu organizacyjnego. Jego zachowanie w rękach oprawców było wyrazem postawy wyniesionej z rodzinnego domu i zachowanej do końca.
Oto Jego list, napisany w przeddzień egzekucji:

Kattowitz, 13.8.42 r.

Moi Najdrożsi!
List Wasz otrzymałem wczoraj. Serdecznie Wam wszystkim za życzenia dziękuję i pozdrawiam Was wszystkich po raz ostatni, życząc Wam wszystkiego dobrego, pogodzenia się z wolą Bożą. Schodzę pogodzony z Bogiem, spokojny, bez wyrzutów sumienia, bez poczucia wyrządzenia komukolwiek krzywdy, z myślą o Was Kochani Rodzice, o Was Bracia i Siostry. Jeśli Was któregokolwiek uraziłem przepraszam i myślę, że mnie także wszystko wybaczycie. Schodzę w przekonaniu, że wykonałem także obowiązki syna i brata ile to leżało w moich siłach. Kiedy list ten otrzymacie, mnie już nie będzie ale pozostanę z Wami. Proszę Was o modlitwę za biedną i grzeszną duszę moją. Testamentu pisał nie będę, bo wszystko co posiadałem, to gorące uczucia miłości dla Was, Braci oraz siostry a o nich wątpić nie będziecie. Marię pożegnajcie również. Luśkę jej córeczki, Waleskę i jej dzieci, Martę i dzieci, Annę, Szwagrów i wszystkich oraz ich dzieci. Rzeczy, które tu są możecie odebrać pod wskazanym adresem: 1) Zegarek, 2) parę butów, 3) ubranie szare, 4) płaszcz zimowy, 5) 4 koszule, 6) 3 gaci, 7) parę kapci, 8) 3 pary skarpetek, 9) 3 chusteczki do nosa, 10) 26,08 DM, 11) zeszyty i książki do nauki stenografii, 12) kapelusz szary, 13) kołnierz i krawat, 14) różaniec, 15) listy. Ostatni raz Was pozdrawiam, wytrwajcie w bojaźni Bożej, w myśli o ponownym połączeniu się w zaświatach na łonie Boga, w myśli o lepszym jutrze. Zostańcie nieugięci, niezłomni tym silnym ciosem do ponownego połączenia się. Prochy moje sprowadźcie i pochowajcie albo w Pszczynie lub w Ćwiklicach, jako pomnik wystarczy korona cierniowa.
Ostatnie pozdrowienia śle Wasz syn i brat
Józef

Treść listu, poruszająca nawet najbardziej zatwardziałe serca, wskazuje na hart ducha osobowości niezwykle zorganizowanej, wysoce religijnej, wiernej do końca swoim ideałom.
Nawet po latach byli współwięźniowie z KL Auschwitz – z bloku 14, wspominają wieczór wigilijny ze śpiewaniem kolęd, zorganizowany przez Józefa Pukowca.
Gdy jednak zapadł w Bytomiu wyrok w jego sprawie – kara śmierci, w dniu 14.08.1942 r., ścięcie gilotyną przerwało życie człowieka tak oddanego Bogu i Ojczyźnie.

Czas patriotów ...

Według Słownika Wyrazów Obcych PWN:
Patriota – człowiek kochający swoją ojczyznę i naród, gotów do poświęceń dla ich dobra.
Patriotyczny – właściwy patriocie, mający na względzie dobro ojczyzny; obywatelski.
Patriotyzm (od rzecz. patriota) – postawa społeczno-polityczna i forma ideologii, łącząca przywiązanie do własnej ojczyzny oraz poświęcenie dla własnego narodu – z szacunkiem dla innych narodów i poszanowanie ich suwerennych praw.
Przypominam te hasła, gdyż politycy doprowadzili do całkowitego zdewaluowania pojęcia „patriota”, gdy pozbyliśmy się autorytetów które mogły by dawać nam przykład moralności pod każdym względem, warto nawiązać do osób które dla naszej lepszej przyszłości przelewali krew kierując się jakże szczytnymi ideałami „BÓG, HONOR, OJCZYZNA”.
Podczas rozmów jakie prowadziłem zbierając materiały do książek, zaskakiwała mnie dowolna ich interpretacja owego pojęcia „patriota”. Znając przeszłość wielu moich rozmówców - nie byłych więźniów obozów koncentracyjnych, powoduje niesmak, że wówczas gdy Ojczyzna była zniewolona, w potrzebie, robili wszystko, by „się nie narazić”. Wstąpienie do jakiejkolwiek organizacji ruchu oporu, pomoc tym którzy na taką odwagę się zdobyli, nie wchodziło w rachubę, gdyż uważali to za potencjalne zagrożenie dla siebie i swoich rodzin. Teraz gdy nie ma zagrożenia, bezwstydnie opowiadają o swoich zasługach w tamtej ponurej przeszłości, o tym co by zrobili, gdyby okupacja trwała dłużej.
Poczułem się dotknięty gdy w geście „uznania” – że piszę o Akowcach, zaliczono mnie do grona ludzi o orientacji „prawicowej”. Według niektórych osób, prawo do wypowiedzi na pewne tematy związane z historią naszego kraju, mają ludzie z „wybranej” - „jedynie słusznej” opcji politycznej, niezależnie od tego, czy mają na ten temat coś do powiedzenia, czy też powielają jako „swoje” - zasłyszane gdzieś informacje (nie zawsze zgodne z prawdą) .
Jestem Polakiem, Ojczyzna ma dla mnie wartość nadrzędną. Bez względu na sympatie polityczne, staram się w sposób obiektywny przedstawiać fragmenty wydarzeń, jakie miały miejsce w mojej Ojczyźnie. Słuchając natomiast niektórych relacji na ten sam temat, brzydzę się, jak na przekłamaniach usiłuje się „zbijać” kapitał polityczny lub materialny. Cóż więc wspólnego z patriotyzmem ma „kupczenie” wydarzeniami z przeszłości. To, co politycy dzisiaj okazują swoją arogancją i absolutnym oderwaniem od zabezpieczania bytu narodu, zmusza do refleksji – co ci politykierzy maja wspólnego już nie z patriotyzmem, ale nawet pozorowaną uczciwością?

niedziela, 8 marca 2009

Ostateczna refleksja ....

[...]„mówić o Oświęcimiu ma znaczyć
nie przemilczać ludzkiej rzeczywistości
i to, że nic nie jest takie
i nic nie będzie takim
jakim przed Oświęcimiem było” [...]

fragment wiersza: Po Oświęcimiu,
autor: Peter Paul Wipilinger




Uklęknij i zapamiętaj -
ta ziemia jest święta -
to ziemia Oświęcimia.
...Te trzewiki małe
z nóżek obolałych
a włosy, krucze włosy
nie doczekały wiosny.
Te koce zimne - szare
szkielety przykrywały.
Uklęknij i zapamiętaj -
tu każde miejsce święte -
tu ziemia Oświęcimia.
Szeptały daremnie usta
po polsku, po rosyjsku -
o gospodi, o boże -
nie daj nam umrzeć -
pomóż!
Oświęcim, już Oświęcim -
Proszę wysiadać – słyszę –
Naprawdę był Oświęcim?
Jest – martwa odpowie cisza ... [...]

wiersz: OŚWIĘCIM
autorka: Maria Łotocka